Sunday, August 15, 2010

Szwajcarski paszport na Sybir

Głośne życie i cicha śmierć Eugeniusza Bodo
DIANA POSKUTA-WŁODEK

http://www.dziennik.com/www/dziennik/kult/archiwum/07-12-04/pp-07-23-03.html

Przed wojną Eugeniusza Bodo znało w Polsce każde dziecko. Jego nazwisko nie schodziło z afiszy. Był sławny, bogaty, uwielbiany przez kobiety. Po życiu w świetle reflektorów nastąpiła śmierć w zapomnieniu. Tym tragiczniejsza, że przez prawie pół wieku jej okoliczności nie były ujawniane. Wystarczy sięgnąć po wydane w PRL książki - także te wartościowe. Teatr polski czasu wojny (1963 r.) Marczaka-Oborskiego: "1941, 4 VII we Lwowie został rozstrzelany E. Bodo". Słownik biograficzny teatru polskiego (1973 r.): "...na terenie ZSRR (...) aresztowany przez hitlerowców, wywieziony w nieznanym kierunku i zamordowany". Encyklopedia PWN: "...zamordowany przez hitlerowców". O tym, że aktora nie zabili Niemcy, mówiło się w środowisku od lat. Prawda była ukryta w domysłach i rodzinnej legendzie. Wydobycie jej na światło dzienne wymagało wysiłku wielu osób, ale przede wszystkim... rozpadu Związku Sowieckiego.


Jak Bohdan E. Junod
stał się Eugeniuszem Bodo

Rok urodzenia Bodo nie budzi wątpliwości: 1899. Historycy nie są natomiast zgodni co do miejsca - niekiedy wspominają o Łodzi lub Warszawie, ale zwykle wymieniają Genewę. Do końca życia zachował obywatelstwo szwajcarskie. Jego ojciec, ewangelik Teodor Junod, był z pochodzenia Szwajcarem, matka - Jadwiga Anna Dorota z Dylewskich - wywodziła się z polskiej szlachty. Teodor był - jak to określał Ludwik Sempoliński - "specjalistą od prowadzenia kabaretów i szantanów na prowincji". Prowadził interesy w Rosji, w 1903 r. zamieszkał z rodziną w Łodzi. Założył pierwsze w mieście stałe kino "Urania", w którym odbywały się też występy. Właśnie tam kilkuletni Bohdan Eugeniusz w kowbojskim stroju wykonywał numer z rewolwerami i lassem. Matka marzyła dla niego o karierze lekarza, ale on uciekł z domu i w wieku 18 lat zadebiutował w poznańskim teatrze "Apollo". W 1919 r. przeniósł się do Warszawy, gdzie przeprowadzili się, pogodzeni już z jego wyborem, rodzice. Zaangażował się do teatrzyku "Sfinks" w Dolinie Szwajcarskiej. Te początki zapamiętał Sempoliński: "Był doskonałym tancerzem i świetnym piosenkarzem, bardzo muzykalnym, choć głosu nie miał nadzwyczajnego. Do osiągniętych później rezultatów było jeszcze wtedy daleko. Nawet nie miał własnego fraka. Kiedy wyjechał z Warszawy, posyłałem mu moje piosenki, bo nie stać go było na kupno". Po roku powrócił i otrzymał angaż w teatrze "Bagatela". Według Sempolińskiego "zmienił się niebywale i rozwinął aktorsko". Występował już wówczas pod pseudonimem, który stworzył z pierwszych sylab imion: swojego (Bohdan) i matki (Dorota). I choć wciąż nie miał własnego repertuaru - śpiewał piosenki Bronisława Bronowskiego - podbił publiczność urokiem, poczuciem humoru, bezpośredniością. Jesienią 1920 roku śpiewał już w "Qui Pro Quo".

Życie to wielka rewia

Występował niemal na wszystkich warszawskich scenach typu variété - tych mniej znanych, jak "Stańczyk", "Perskie Oko", "Orfeum", jak i legendarnych: "Qui Pro Quo", "Morskie Oko", "Cyganeria", "Cyrulik Warszawski". Ostatni przed wojną był teatrzyk "Wielka Rewia". Tańczył, śpiewał, był żywiołowym wykonawcą monologów w programach przygotowywanych przez artystów najwyższej klasy. W "Qui Pro Quo" popularność przyniosły mu programy Serce i balet z Tomem i Bolską oraz Uj, choroba z Zimińską i Zniczem, w "Stańczyku" - przygotowana przez Henryka Szaro Szkoła gwiazd z projekcjami "zdjęć kinematograficznych" Seweryna Steinwurzla. W "Perskim Oku" salwy śmiechu wywoływał Bodo jako poczciwy upiór, który nie potrafi straszyć. W "Nowym Perskim Oku" śpiewał w zespole rewelersów razem z Olszą, Rolandem i Sempolińskim - "wszyscy w marynarskich kostiumach na tle okrętu".

Umieszczenie jego nazwiska w obsadzie było sposobem na zapełnienie kasy także w "poważnych" teatrach. Gdy Szyfman zaangażował go do komedii muzycznej Jim i Jill, Teatr Polski grał ją codziennie przez trzy miesiące. Bodo, zasypywany propozycjami, zaczął z czasem nieco szarżować. Występował nawet w "prawdziwej" operetce Zemsta nietoperza, w której estradowy głos nie wystarczył: "Traktował tę rolę lekceważąco, bardziej oddawał się kawałom robionym kolegom". Pewnie dlatego się spodobał nieznoszącemu pustej konwencji Antoniemu Słonimskiemu. W jego ocenie był "współczesny i żywy", pełen "umiaru w stosowaniu groteski".

Brakowało czasu na dopracowanie ról. Gdy Teatr Letni wystawiał operetkę Szczęśliwy pech, Bodo "swoim systemem nieuczenia się i nieopracowania roli rozłożył premierę". Nie zawsze porażka była jego winą. Po premierze komedyjki Porucznik Przecinek Słonimski pisał: "Porucznik Przecinek to raczej bezmyślnik. Z punktu widzenia artystycznego sztuka jest poza nawiasem. Dwukropkiem byli Brochowiczówna i Bodo. Oboje znaleźli się w kropce". Podobne wpadki należały w karierze Bodo do rzadkości. Jego - jak to określił Artur Tur - "znakomite warunki zewnętrzne, dużo szelmowskiego wdzięku i wielki temperament sceniczny" na ogół nie zawodziły.

Uważany za wzór elegancji, był w Polsce prekursorem reklamy - m.in. tweedowych marynarek "Old England" - i "królem mody" roku 1936. Prasa interesowała się szczegółami jego życia. Sporo pisano o wypadku, który spowodował pod Łowiczem w 1929 r. jadąc swoim chevroletem z kolegami z "Morskiego Oka". Na miejscu zginął aktor Witold Roland, a Bodo został skazany na 6 miesięcy więzienia w zawieszeniu. Pisano też o romansach, w których był "raczej epizodystą". Żartowano, że pierwsze miejsce w jego sercu zajmuje matka, a drugie... ukochany dog Sambo. Nie była to prawda. Przez kilka lat Bodo był związany z gwiazdą filmową Norą Ney. Na początku lat trzydziestych mieszkała z nim ciemnoskóra tancerka Reri. Podobno przywiózł ją z dalekiej podróży, podobno była Thaitanką, podobno podpisał z nią kontrakt, według którego za okrągłą sumkę i futro zgodziła się zostać w Polsce. Romans nie trwał długo z powodu alkoholizmu egzotycznej piękności. Może właśnie wskutek tych przeżyć Bodo był zdeklarowanym abstynentem? Za to uwielbiał jeść. Bywał w ekskluzywnych restauracjach, gdzie czasem, dla żartu, testował inteligencję kelnerów, zamawiając nieistniejące danie o nazwie kalabraki. Był amatorem mazurków wielkanocnych - kupował ich tyle, że starczały do czerwca. Miał jeszcze jedną słabość: wyszywał makatki, którymi obwieszał mieszkanie i którymi obdarowywał znajomych. Warto zapamiętać te szczegóły: Bodo źle znosił głód i obdarowywał wyszywankami przyjaciół. Będzie to miało znaczenie w najbardziej dramatycznym okresie jego życia.

Wdzięk, styl, szarm, szyk - tym was zdobywam w mig!

W 1925 r. zadebiutował w kinie, w Rywalach Seweryna Steinwurzla. W okresie czternastu lat zagrał w trzydziestu dwóch filmach, wyreżyserował dwa, był scenarzystą sześciu, producentem siedmiu. Zaczął od udziału w niemych filmach, początkowo grywał epizody. Warto pamiętać o rólce w filmie Na Sybir (1930 r.) - melodramatycznej opowieści o 1905 roku z Brodziszem i Smosarską. Bodo zagrał spiskowca, który ginie w ataku policji na tajną wytwórnię bomb. Ten film, podobnie jak Bohaterów Sybiru z 1936 r., w którym grał zesłańca, uważa się niekiedy za jedną z przyczyn późniejszej tragedii. Nawet jeśli tej opinii nie sposób udowodnić, trudno nie zauważyć ironii losu.

Estradowy temperament, umiejętność podawania tekstu, lekki styl gry o kabaretowym rodowodzie - wszystko to w zaprocentowało w pełni w kinie dźwiękowym. Najchętniej obsadzano go w komediach, takich jak Czy Lucyna to dziewczyna, Paweł i Gaweł czy Robert i Bertrand. Sam napisał scenariusz i wyprodukował jedną z najlepszych przedwojennych komedii - Piętro wyżej w reżyserii Leona Trystana. Stworzył własny typ postaci - inteligentnego lekkoducha o czystych intencjach i wielkim sercu, gotowego dla miłości poświęcić wszystko. W Pawle i Gawle Mieczysława Krawicza zagrał wynalazcę usiłującego wypromować skonstruowaną przez siebie "dwupentodowo-czterooktodiową superheterodynę", zakochanego w udającej cudowne dziecko dziewiętnastolatce, dla której śpiewał - w duecie z Dymszą - piękną kołysankę Ach, śpij, kochanie... W Piętro wyżej był radiowym spikerem, który z przyjaciółmi-muzykami (jazz-band Warsa) zatruwa życie nudziarzowi z sąsiedztwa. To w tym filmie Bodo śpiewał swoje największe przeboje - Umówiłem się z nią na dziewiątą i brawurowo, w kobiecym przebraniu wykonany Sex appeal. Potem zdyskontował tę rewelacyjną scenę w teatrze, w farsie Ciotka Karola, gdzie w damskich ciuszkach "wyglądał kapitalnie, a ponieważ był nieco tłustawy, więc ściągnięty gorsetem miał mimo woli potrzebne wypukłości". Jednak sukcesy komediowe nie wystarczały. Chętnie grywał, na przekór oczekiwaniom publiczności, czarne charaktery. Był w tym naprawdę dobry. Jako współscenarzysta Czarnej perły Michała Waszyńskiego napisał dla siebie rolę drania gardzącego miłością pięknej tancerki (oczywiście Reri). W Skłamałam Krawicza z 1937 r. grał sutenera wykorzystującego naiwność dziewczyny (Smosarska), a następnie usiłującego zniszczyć jej szczęście rodzinne. Jest w filmie moment, w którym były kochanek staje w drzwiach swej ofiary i żąda pieniędzy w zamian za milczenie. W kilkuminutowej scenie Bodo potrafił pełnym rezygnacji spojrzeniem, ukrytą w głosie ironią i cynizmem dać do zrozumienia, że człowiek ten przegrał całe swoje życie. Najlepszą rolę dramatyczną zagrał w produkcji, którą sam wyreżyserował i która była jego ostatnim filmem (premiera 29 grudnia 1938 r.) - Za winy niepopełnione. W roli przestępcy, który bez zmrużenia oka rujnuje życie pragnącemu powrócić na uczciwą drogę byłemu wspólnikowi (Kazimierz Junosza-Stępowski), Bodo odrzuca charakterystyczne dla jego lekkiego aktorstwa środki. Ponury, z zaciętą, zmęczoną twarzą, jest - przynajmniej chwilami - równorzędnym partnerem dla genialnego Junoszy.

W 1931 r. razem z Waszyńskim i Brodziszem stworzył wytwórnię B.W.B., która wyprodukowała dwa filmy. Dwa lata później, już sam, założył kolejną, nazwaną na cześć firmy nieżyjącego już ojca "Urania". Tym razem zysk był znaczny. W przeddzień wojny Bodo był u szczytu sławy. W kwietniu 1939 r. otworzył przy ulicy Foksal kawiarnię Café-Bodo, na piętrze kupił czteropokojowy apartament. Rozpoczął przygotowania do reżyserii nowego filmu Uwaga - szpieg!. W sierpniu 1939 r. podpisał kontrakt z nowym teatrem Tip-Top.

Za winy niepopełnione

We wrześniu 1939 r. oddał kawiarnię w dzierżawę, pożegnał się matką i wyruszył na wschód. Dotarł do Lwowa. Uciekinierzy z Warszawy spotykali się na artystycznej giełdzie pracy w "Klubie Artystów" przy Jagiellońskiej. Bodo został zaangażowany razem z Ref-Renem, Boguckim, Foggiem i Astonem do zespołu występującego w kinoteatrze "Stylowy". W październiku zatrudnił się w Teatrze Miniatur przy placu Smolki. Szefem był Konrad Tom, występowali, oprócz Bodo, Terné, Andrzejewska, Fogg, Krukowski, Lawiński, Szlechter. W grudniu przybyła z Moskwy komisja, która na podstawie dekretu Rady Komisarzy Ludowych urządziła w mieście weryfikację artystów. Polakom zezwolono na działalność dwóch teatrów i trzech orkiestr - pod dyrekcją Ref-Rena, Jerzego Gerta i Warsa. Ten ostatni od razu zatrudnił do swojego zespołu "Tea-Jazz" starego znajomego Bodo, powierzając mu konferansjerkę i wykonywanie piosenek. Występowali też Renata Bogdańska, Gwidon Borucki, Albert Harris, tańczyli Lidia Warren i Johny Stone. Tournée zespołu po ZSRR cieszyło się ogromną popularnością, szczególnie wśród Polaków. Bodo odbył z "Tea-Jazzem" dwie wyprawy, na trzecią już się nie zdecydował. Miał nadzieję, że dzięki szwajcarskiemu paszportowi uda mu się opuścić ZSRR. Złożył odpowiedni wniosek. Jakby nie chcąc drażnić władz, usunął się w cień, zamieszkał w podlwowskich Brzuchowicach. Za pośrednictwem ambasady szwajcarskiej i kuzynki Ireny Kuleszyny pomagał matce.

Tymczasem wiosną 1941 r. zaczęły się pojawiać pogłoski o jego śmierci z rąk Sowietów. Sprzecznych wersji i naocznych świadków było wielu. W czerwcu 1941 r., z chwilą napaści wojsk hitlerowskich na ZSRR, Bodo zniknął. Pojawiły się plotki, że zabili go Niemcy. W to, że żyje, wierzyła aż do chwili swej śmierci jego matka (zmarła w styczniu 1944 r., została pochowana na cmentarzu ewangelickim w Warszawie). Nie wiedziała, że przeżyła syna. Przeżył go też pies Sambo, zabity przypadkowo podczas powstania warszawskiego.

Historia pewnej chusteczki

W r. 1972 historyk kina Stanisław Janicki w swojej audycji telewizyjnej przypomniał sylwetkę Bodo i poprosił widzów o nadsyłanie wspomnień o aktorze. Aż dwadzieścia listów zawierało - bardzo różne - informacje na temat okoliczności śmierci Bodo, pokrywające się z pogłoskami z czasów wojny. Dwa listy wskazywały nowy trop. Lekarz z Radomia napisał: "W roku 1943 przybyłem na punkt przesyłkowy w Kotłasie (obwód archangielski), gdzie w szpitaliku nr 5, trzy czy cztery dni później, zmarł Bodo". Był też inny list - od siostry ciotecznej Bodo, Ireny Kuleszyny. Pisała, że w 1958 r. otrzymała z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża pismo z wiadomością, że Bodo zmarł w łagrze w r. 1943. Niewiele można było w PRL zrobić z tą informacją. Janicki włożył ją do koperty, na której napisał, by po jego śmierci przekazać ją Filmotece Narodowej. Otworzył ją sam po 1989 r. Postanowił zrealizować film o Bodo. W r. 1990 w Rosji ukazała się książka Alfreda Mirka - muzykologa polskiego pochodzenia. Dziennik więźnia był wstrząsającą opowieścią człowieka, który - podobnie jak jego zmarły na zesłaniu ojciec - spędził w łagrach wiele lat (ostatnią karę Mirek odbywał jeszcze w połowie lat 80.!). Profesor poświęca fragment wspomnień towarzyszowi niedoli z moskiewskiego więzienia na Butyrkach - polskiemu aktorowi, na którego występach był w Moskwie w 1940 r. i którego płyty z piosenkami śpiewanymi po rosyjsku często słuchał przed uwięzieniem. Tym aktorem był Eugeniusz Bodo. W 1991 r. w Życiu Warszawy ukazała się informacja o książce. Stanisław Janicki dotarł do profesora, a także do krewnej Bodo, Wiery Rudź. I do wielu jeszcze osób - m.in. do Czesławy Bachman-Strumieńskiej, córki właścicielki lwowskiej kawiarni, w której na początku wojny bywał Bodo. Ich wypowiedzi znalazły się w filmie Janickiego Eugeniusz Bodo - za winy niepopełnione, wyemitowanym przez Telewizję Polską w r. 1997. To, co opisał profesor Mirek i co potem opowiedział w filmie, jest porażające.

Alfred Mirek trafił do więzienia na Butyrkach jako 19-letni "syn wroga ludu". Znalazł się w wieloosobowej celi. Jego uwagę zwrócił innostraniec, którego twarz wydała mu się znajoma. "O tym, że był cudzoziemcem, świadczyło wszystko: postawa, maniery, wychowanie, wygląd". Szczególnie zwracał uwagę płaszcz, którego więzień nigdy nie zdejmował. "W celi był odosobniony, odtrącony. Nie rozmawiał z nim nikt. Wówczas było to bardzo niebezpieczne, można było zarobić dodatkowy paragraf za kontakt z cudzoziemcem". Mirek nie był ostrożny. Zaprzyjaźnili się. Dzielił się z Bodo zawartością paczek, dużo rozmawiali. Zbliżyło ich też to, że obaj byli Polakami. Bodo opowiedział Mirkowi swoją historię. Oto jak brzmią jego słowa zapamiętane przez profesora: "W czerwcu 1941 roku we Lwowie - opowiadał Bodo - weszło do mnie dwóch. Zaproponowali, żebym się ubrał i pojechał z nimi. Byłem przekonany, że chcą mnie uratować przed niemiecką okupacją. Żartowałem, wziąłem płaszcz, kapelusz. Wsiedliśmy do samochodu i pędziliśmy bez wytchnienia, żeby się wydostać z zachodniej Ukrainy. Zatrzymaliśmy się dopiero wieczorem w jakimś dużym mieście. Zamknęli mnie w garażu siedziby NKWD, a sami poszli zjeść i wyspać się. Rano zjawili się odmienieni nie do poznania. Poprzedniego dnia uciekali jak zające, teraz syci i różowi na twarzach przedstawiciele wielkiego państwa radzieckiego. Traktowali mnie jak powietrze. W ciągu tej nocy napiłem się tylko wody z kranu. Pomknęliśmy do Moskwy. Przywieźli mnie do Butyrek - i tak tu siedzę".

Bodo spędził na Butyrkach dwa lata. Nie był przesłuchiwany - jakby o nim zapomniano. Aby oszukać żołądek, wypijał duże ilości gorącej wody z solą. "Nie chciałem mu dawać soli - wspomina Mirek - ale tak prosił, że nie sposób mu było odmówić". Prawdopodobnie nerki odmawiały posłuszeństwa, Bodo słabł, puchły mu nogi i twarz. Popadał w depresję. Nie wiedział, że Stanisław Kot i Tadeusz Romer w imieniu polskiej ambasady w Moskwie starają się o jego uwolnienie. Strona sowiecka tłumaczyła, że los obywatela szwajcarskiego nie może być przedmiotem rozmów z Polakami. Z tych samych przyczyn "amnestia" dla Polaków przetrzymywanych w więzieniach i łagrach ZSRR Bodo nie objęła. Na początku kwietnia 1943 r. Mirek czekał na transport do łagru. Podarował przyjacielowi na pożegnanie płócienny woreczek na chleb. Wówczas Bodo zrobił to, co czynił zawsze, gdy chciał obdarować kogoś bliskiego: wyszywankę. "Oderwał z poły płaszcza kwadrat z podszewki, wysupłał z ręcznika nici, pożyczył od kogoś grubą, wykonaną więziennym sposobem igłę i zawijając na kolanie brzegi materiału podszył je. Wyszła chusteczka. To było wszystko, co mógł mi ofiarować".

Po kilkunastu miesiącach w łagrze Mirek spotkał więźnia, który opowiedział mu, że był świadkiem śmierci Bodo. Aktor także został wywieziony na wschód. "Z wielkim trudem, podtrzymywany, czepiając się uchwytów więziennego samochodu, znalazł się w środku. Ani płaszcza, ani kapelusza już wtedy nie miał". W chwili przybycia do łagru był w agonii. Nie wiadomo, czy żył jeszcze, gdy podnoszono go z zalanej moczem podłogi towarowego wagonu i niesiono do obozowego szpitala. Tam stwierdzono zgon. Ciało widział lekarz z Radomia - ten, który potem pisał do Stanisława Janickiego. Zmarłego Bodo umieszczono w stodole, gdzie mieściła się kostnica, potem wrzucono do zbiorowego grobu.

Opowieść profesora Mirka została oficjalnie potwierdzona. Pani Wiera Rudź po 1989 r. zaczęła intensywne poszukiwania. Pisała nawet do Lecha Wałęsy i Borysa Jelcyna. W 1991 r. otrzymała z rosyjskiego PCK dwie wstrząsające fotografie więzienne. Bodo z kilkudniowym zarostem, z opuchniętą twarzą, w drelichu. Do zdjęć dołączone było pismo: "Żano-Bodo Eugeniusz-Bogdan ur. 1899 Genewa, syn Teodora, z zawodu aktor, reżyser. Został aresztowany w 26 czerwca 1941 i decyzją specjalnej narady przy NKWD ZSRR skazany na 5 lat ciężkiego obozu wychowawczego jako element społecznie niebezpieczny. Okres kary odbywał w więzieniu Butyrskim w Moskwie, w mieście Ufa i w Archangielskiej obłasti. Zmarł 7 października 1943 roku. Na podstawie artykułu 3 Ustawy Federacji Rosyjskiej ´O Rehabilitacji Ofiar Politycznych Represjiª z 18 października 1991 wyżej wymieniony został rehabilitowany".

W mieszkaniu profesora Alfreda Mirka wisi na ścianie oprawiona za szybą poszarzała chusteczka. Kilka lat temu profesor w jednym z moskiewskich antykwariatów kupił starą płytę Tea-Jazz Henryka Warsa - Eugeniusz Bodo. Taką samą jak tamta, której słuchał w r. 1940, jeszcze przed aresztowaniem.

-----------------------

W artykule cytuję: ścieżkę dźwiękową filmu Stanisława Janickiego Za winy niepopełnione - Eugeniusz Bodo, 1997 r.; Natalia Skwara, "Jak umierał Eugeniusz Bodo", Życie Warszawy nr 16, 1991 r.; Adam Wyżyński, "Ostatnie lata Eugeniusza Bodo", Kino nr 6, 1996 r.; Ludwik Sempoliński, Wielcy artyści małych scen, Warszawa 1968 r.

4 comments:

  1. To kolejny dowód na to że całe zło na tym świecie to wina Rosjan.

    ReplyDelete
  2. To kolejny dowód na to że całe zło na tym świecie to wina Rosjan.

    ReplyDelete
  3. To kolejny dowód na to że całe zło na tym świecie to wina Rosjan.

    ReplyDelete